Najpierw powstał ocieplacz - który zresztą już znacie, bo pokazywałam go tutaj
Muszę przyznać, że nadal z niego korzystam i nadal jestem w nim zakochana :) Trzyma formę mimo kilku prań :) Bałam się, że spód się odkształci ale też ma się świetnie. Dzięki niemu, mogę kawkę stawiać, gdzie dusza zapragnie i nie zmieni się kolor blatu ani nie poparzy kolanko :)
Gdy jednak ocieplacza nie da się użyć, mogę skorzystać z
ta daaaam ...
Muszę przyznać - także sprawdzają się super. W domu ostały się tylko różowe, wybrane przez Małą, reszta zdobi stoły znajomych, którzy często nie dają mi nawet nacieszyć się wydzierganymi ozdóbkami :)
I nie powiem, całkiem sympatycznie jest wtedy połechtane moje ego :) Wszyscy są zadowoleni: znajomi, ja (sprawia mi dużą radość, gdy coś co robię, się podoba), ja ponownie (gdyż mogę znowu dziergać i nic nie zalega w szufladzie), moja M - bo decyduje i kolorystyce rzeczy, które mimo wszystko udaje nam się zatrzymać, no i mój M - bo ma święty spokój :))))